Aktualności
Menu
Stowarzyszenia
Godziny mszy świętych
  • W niedzielę:
    Od września do czerwca:
    6.00, 7.30, 9.00, 10.00 (kaplica Matki Bożej Fatimskiej), 10.30, 12.00, 13.15, 16.30, 19.00.
    W lipcu i sierpniu:

    6.00, 7.30, 9.00, 10.30, 12.00, 16.30, 19.00.
  • W dni powszednie:
    6.30, 7.00, 9.00, 18.30.
  • W I piątek miesiąca:
    6.30, 9.00, 17.00, 18.30.
Sponsor
NIP i konto

NIP: 549-1660-581

Konto bankowe:
Bank Pekao S.A.:
49 1240 4155 1111 0000 4624 3586

64 rocznica męczeńskiej śmierci św. Maksymiliana Kolbego

Tekst homilii o. prowincjała Kazimierza Malinowskiego OFMConv

wygłoszonej w dniu 14.08.2005 r. w czasie uroczystej mszy św. w byłym obozie zagłady KL Auschwitz z okazji 64 rocznicy męczeńskiej śmierci św. Maksymiliana Marii Kolbego

Ekscelencjo,
Księże Biskupie Januszu,
Drodzy bracia w kapłaństwie i w powołaniu zakonnym,
Umiłowani siostry i bracia,
pielgrzymujący dzisiaj do obozu śmierci w Oświęcimiu, który na tę chwilę staje się sanktuarium zwycięskiej miłości św. O. Kolbego.

„Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy kto życie swoje daje za przyjaciół swoich” – mówi Jezus w Ewangelii, którą przed chwilą wysłuchaliśmy. Istotnie! Jak wielką trzeba mieć miłość w sercu, by zdecydować się na czyn podobny do czynu O. Maksymiliana... Oddać to, co się ma najcenniejszego; własne życie, w miejscu i chwili, gdy wszyscy drżą o to, by to życie zachować, gdy ktoś płacze wielkimi łzami słysząc na siebie wyrok śmierci, wspominając własną żonę i własne dzieci. Oddać życie, które jest darem Boga, a które przecież dla człowieka wierzącego ostatecznie wypełnia się w rzeczywistości, będącej dopiero przed nami. Święty Maksymilian to wiedział i dlatego miał w sobie siłę i miał w sobie miłość, by podejść do obozowego kapo i powiedzieć: Idę za niego! Chcę iść za tego człowieka do bunkra śmierci, by oddać za niego swoje życie.

Gdzie kształtowała się ta miłość O. Maksymiliana?

Jak to się stało, że w wieku 47 lat dojrzał do tego, by dać siebie w całopalnej ofierze, by stać się znakiem dla świata?

Z jego życiorysu dowiadujemy się, że ten człowiek dojrzewał do świętości stopniowo, że wiele było wydarzeń w jego życiu, które prowadziły go do tej oświęcimskiej chwili, że już jako młody człowiek zdecydował, aby oddać siebie Bogu do końca. Chcę być świętym, jak największym świętym! Chcę innych wyprzedzić w wyścigu do świętości. Maryjo, chcę być twoim narzędziem! Używaj mnie jak chcesz, w sposób i w miejscu, które sama wybierzesz! Tak pisał będąc klerykiem i studiując w Rzymie.

Był Bożym zapaleńcem. Był wielkim czcicielem Maryi. Był działaczem katolickim o wielkiej wyobraźni. „Z niczego” stworzył największy klasztor na świecie - w Niepokalanowie, a tam wielkie wydawnictwo, które w milionach egzemplarzy drukowało kolejne numery Rycerza Niepokalanej, liczne książki, które chwaliły i wysławiały imię Maryi, które wskazywały ludziom drogę do Boga. Równocześnie, mimo tych wielkich i wspaniałych osiągnięć, był to człowiek, który ciągle dojrzewał, który nieustannie się zmieniał.

Wielokrotnie czytałem życiorysy, świadectwa ludzi, którzy żyli blisko niego oraz jego pisma i zastanawiałem się, w którym momencie życia Maksymilian odkrył, że miłość jest najważniejsza, że powołaniem każdego człowieka jest dojrzewanie do miłości ostatecznej i absolutnej?

Myślę, że tym kluczowym i decydującym momentem w jego życiu był okres, kiedy przebywał na misjach w Japonii. W tym roku mija 75 lat, od założenia misji św. Maksymiliana w Nagasaki. W tych dniach trwają w tym kraju wielkie uroczystości. Współbracia japońscy wspominają te chwile, gdy on z kilkoma braćmi z Niepokalanowa przybył do Japonii. Przybył nie mając nic, tylko trochę pieniędzy, które dostał od swoich przełożonych w Polsce. Bez znajomości języka, bez znajomości kultury tamtego kraju, z jedynym wielkim pragnieniem, by służyć także tutaj, w Azji, Niepokalanej. Podjął się dzieła niemal szaleńczego, ale przecież on był szaleńcem Niepokalanej. W kilka tygodni po przybyciu do Nagasaki, gdy znalazł miejsce, gdzie zamierzał założyć pierwszy klasztor, zaczął przy pomocy japońskich kleryków drukować Rycerza Niepokalanej w języku japońskim. Zdumiewająca rzecz, w ciągu paru miesięcy, ten nakład doszedł do kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy w kraju, gdzie 99 % mieszkańców to buddyści – obecnie katolików jest zaledwie 300 tysięcy. Bardzo szybko założył szkołę, niższe seminarium, do którego zaczął przyjmować młodych japończyków. Misja rozwijała się w niebywałym tempie. Ale ta misja rozwijała się także za cenę ogromnego wysiłku, ogromnej ofiary i jego samego i jego współbraci. Maksymilian wiele wymagał od tych, którzy wyjechali z nim na tę misję. Przyszły chwile kryzysu. Jego współbracia nie mogli wytrzymać tempa, które o. Maksymilian narzucił sobie i im. W pewnym momencie zorientował się, że jest sam, że ci, którzy wraz z nim na misje przyjechali nie nadążają. I w tym momencie zrozumiał, chyba także poprzez wielkie cierpienie, które go dotknęło, że wartością największą jest drugi człowiek wraz nim idący ku Bogu. Odtąd bardzo się zmienił. Zaczął mówić do swoich braci – dzieci. Zaczął ich traktować z dużo większą miłością. Troszczyć się o zwykłe sprawy braci udręczonych często różnymi chorobami i ubóstwem. Na misjach w Japonii pracował zaledwie 6 lat. Wyjeżdżał jako młody chłopak. Jak się patrzy na jego zdjęcia, to wygląda jak młodzieniec, który dopiero co przyjął święcenia, a wrócił jak starzec, z długą siwą brodą, z workami pod oczami, pochylony, dotknięty fizycznie tym wielkim cierpieniem, jakim musiał okupić stworzenie misji w Japonii. Wrócił zupełnie inny fizycznie, ale sądzę, że też zupełnie inny duchowo. Dojrzały człowiek, pełen świadomości, że życie jest także cierpieniem i trudem, że życie jest krzyżem. Wrócił do swojego umiłowanego Niepokalanowa. Jak wspominają ci, którzy wówczas w tym klasztorze byli, miał w sobie ten promieniejący, ojcowski uśmiech, który codziennie ich dotykał. Mimo tego, że nie przestał wymagać, mimo tego, że ci, którzy żyli w Niepokalanowie żyli w prawdziwym ubóstwie i posłuszeństwie, to jednak to wszystko co czynił najbliższym, czynił z ogromną miłością.

I tak też traktował ludzi, których spotykał. Kiedyś przed lat, jeszcze jako młody chłopak czytałem pewne wyznanie Żydów, którzy spotkali się z O. Maksymilianem gdzieś na Łotwie i wspominali, z jaką otwartością i miłością z nimi rozmawiał o ich wierze i o ich życiu. Umiał spotkać się z każdym człowiekiem. Wiemy, że trafił nawet do znanego pisarza Andrzeja Struga, który wówczas był jednym z przywódców masonerii w Polsce, poszedł z nim porozmawiać prosząc, aby się zmienił i nawrócił. Rozmawiał również z tymi, którzy myślą inaczej niż on sam.

Miłość, która potrafi objąć każdego człowieka, to jakby wizerunek i obraz Maksymiliana z ostatnich lat, przed tym wielkim dramatem II wojny światowej i tego wszystkiego, co się potem w jego życiu wydarzyło, gdy trafił najpierw do więzienia na Pawiaku, a potem tutaj do obozu. Dojrzewał poprzez codzienną wierność Bogu do tej chwili z przełomu lipca i sierpnia, gdy tutaj na placu obozowym wypowiedział swoje fiat oddając życie za drugiego człowieka.

Myślę, kochani siostry i bracia, że im więcej lat, im więcej wieków będzie upływać od tej chwili, gdy tu stanął, tym bardziej to wydarzenie będzie potężnieć i rosnąć. Bo jest to jedno z największych zwycięstw człowieka w historii. Tu, w miejscu upodlenia człowieka, w miejscu programowo wpisanym w nienawiść, w miejscu, gdzie miało dojść do podeptania ludzkiej godności, człowiek objawia się najpiękniej. Piękno człowieka jaśnieje jak diament i perła. Widzimy, że człowiek jest wolny do końca, że nawet nie jest związany i poniżony przez oprawców, może dysponować własną wolnością i własną miłością, może temu wszystkiemu, co jest złe powiedzieć „nie”. Może objawić piękno ludzkiego oblicza, godność ludzkiej natury, może zwyciężyć miłością nawet wtedy, gdy jest w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, gdy jego pleców, jego głowy dotykają buty oprawców, może zachować godność, może zachować wolność, może dysponować sobą, może dać życie za brata. Pewno Jezus, gdy mówił te słowa napisane w Ewangelii św. Jana miał w oczach tę chwilę, gdy Maksymilian daje życie za brata.

Chciejmy ten obraz i tę chwilę nosić w sobie. Jeśli tu przychodzimy, na to miejsce i w tej chwili, to po to, by w nas ten obraz został i by również jakoś tworzył nasze życie. Ta sama miłość, która pozwoliła Maksymilianowi dać siebie do końca jest potrzebna i nam. I może w nas wyrosnąć. W nas również jest duchowa gleba, na której miłość może wyrosnąć, miłość może okazać się tak wielka. A przecież tej miłości O. Kolbego wszystkim nam potrzeba w czasach egoizmu, w czasach, gdy rozpychamy się łokciami, by zdobyć miejsce dla siebie, pozycję dla swoich najbliższych, gdy nieprawymi metodami ludzie dochodzą do wielkich majątków i z egoizmu nie potrafią się dzielić tym, co mają z innymi, gdy w życiu społecznym panuje niesprawiedliwość a każdy myśli o sobie. Lekiem na zło społeczne, które jest w nas i między nami jest miłość. Ta sama miłość, która św. Maksymilianowi kazała dokonać tego wielkiego czynu na oświęcimskim placu. Nie ma innego lekarstwa na zło w ludzkim sercu i w życiu społecznym, jak miłość, która rośnie w człowieku, a później przelewa się na struktury życia narodowego i państwowego. Nie zmieni się ten kraj, nie zmienią się tu ludzie, jeśli my sami się nie nawrócimy. Jeżeli nie przyjmiemy tej logiki, którą żył św. Maksymilian.

Dlatego świadectwo jego życia jest nam dzisiaj bardzo potrzebne. Człowiek, który uwolnił się od siebie, który całe życie żył ubogo, który służył innym z pasją i który w końcu oddał siebie w całopalnej ofierze - on jest zwycięzcą! On właśnie! Nie ci, którzy w tym samym czasie gromadzili majątki czy zabijali dla własnej chwały. To nie oni wygrali! I tak jest zawsze w historii ludzkiej, że zwycięzcami są ci, w których jest większa miłość, którzy potrafią dzielić się sobą z innymi, którzy umieją zapomnieć o sobie po to, by być darem dla drugiego.

To jest prosta nauka, która ciągle nie może do nas trafić. Pomyślcie, kochani, siostry i bracia, czy co innego mówił nam prawie przez 30 lat swojego pontyfikatu Jan Paweł II, czy nie mówił tego samego i czy nie dał tego samego świadectwa na końcu, gdy umierał na naszych oczach, gdy mówił nam o Bogu bez słów!

Święci są do siebie podobni właśnie w tym, że kochają, właśnie w tym, że potrafią siebie rozdawać.

Święci! A którzy to są? Czyż nie chrześcijanie, czyż nie my, czyż nie ty i ja? To my jesteśmy do świętości zaproszeni, do tej sami miłości, która objawiła się w postaciach Maksymiliana i Jana Pawła II.

Jeśli więc całujemy ziemię Oświęcimia, wspominając postać wielkiego franciszkanina z przełomu czasów, to robimy to po to, by z tej ziemi wziąć coś dla siebie, by wrócić do domu mocniejsi miłością, świadomi porządku świata, który od wieków dał Bóg. A ten porządek miłości, którego sługą był Maksymilian, by również i w nas zagościł. Amen.

(Tekst nieautoryzowany)


ostatnia modyfikacja: 22-08-2005, 20:50, Strona do druku
Nasz patron
Kapłani

wiecej...

Widok z wieży kościoła
Adres i telefony

pl. Św. Maksymiliana 2
32-602 Oświęcim
e-mail: Maksymilian

Telefony:
(0-33)842-56-94
(0-33)842-59-56


Copyright by Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego w Oświęcimiu. All rights reserved!
Polityka prywatności